poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Dzień 1

Niedawno skończyłam osiemnaście  lat. Wiele osób mówiło mi, że po przekroczeniu tej magicznej liczby nic się nie zmieni. Będzie tak jak było, tylko teraz za swoje mandaty będę musiała płacić sama. Jasne, jasne. Nic bardziej mylnego. Nigdy nie wierzcie w te otulone kłamstwem słowa!
 
Mam na imię Klaudia i zapraszam na bloga, w którym znajdziecie wszystko, a przede wszystkim relacje z życia "dorosłych", w które wchodzę wielkimi krokami.

 
Cofnijmy się parę lat wstecz. Odkąd pamiętam, zawsze byłam wychowana na samodzielną osobę. Jednak wszystkie ważniejsze sprawy załatwiałam z kimś przy boku. A to z mamą, a to z tatą, babcią, siostrą cioteczną czy przyjaciółką. Wyobraźcie sobie, jakie było moje zdziwienie kiedy po stypie, czyli imprezie osiemnastkowej musiałam pójść sama złożyć wniosek o dowód. Toż to były całe przygotowania. Mama rzuciła mi tylko ulicą, na której znajduje się urząd i powiedziała, żebym poszła tam z wnioskiem. Trochę brzmiało to jak kiepski żart, bo po pierwsze primo skąd ten wniosek, kiedy go mam wypełnić, komu mam go dać, a po drugie primo co to za cholerna ulica. Dobra, chcąc nie chcąc dowód przydałoby się mieć. Włączam komputer, wpisuję w wyszukiwarkę "wniosek o do.." Eureka! Wujek google nie zawiódł. A wręcz przeciwnie - nawet podpowiada. Ok. Mam stronę z wnioskiem, drukuję go i wypełniam. Oczywiście, wszystko starannie, oby się nie pomylić. Dochodzę do ostatniej rubryki. Skończone! Nawet nie było tak trudno. Dumna z siebie, zostawiam tylko miejsce na datę i zabieram się za szukanie swojego urzędu w google maps. Wpisuję ulicę, numer budynku i jest. Normalnie wszystko idzie jak po maśle. Robię parę fotek budynku do którego mam się dostać i ulic, które znajdują się w pobliżu. Wiecie, na wszelki wypadek. Abstrahując od tego, że miejsce, do którego miałam się udać znajdowało się od mojego domu jakieś całe 15 minut. Okej, sprawdzam jeszcze klatę i pokój do którego mam wejść, a następnie wyłączam komputer i z uśmiechem na twarzy kładę się spać.
 
 
"Klaudia wstawaj. Klaaaaaaaaaaaaaaaudia!!! Już 7:00!!" O Dżizas Krajst mamo. Jakie już? Przecież nawet nie zdążyłam zasnąć. Dobra no nic, wstaję w końcu dzisiaj wielki dzień. Idę zanieść swój wniosek do urzędu. Idę się umyć, ubrać, nawalić szpachlą tapety i wióra z domu do szkoły. Mija, godzina, dwie, trzy. Mówię, no nie wytrzymam. Ale siedzę dzielnie. Wreszcie nadchodzi ostatnia godzina. Tutaj już gorzej było z trzymaniem. Biorę manatki i wychodzę. Ale nie sama. Z przyjaciółką. Kamień z serca. Wychodzimy z autobusu. Wchodzimy do urzędu, idziemy na odpowiednie piętro i siadamy na krzesłach, ponieważ muszę jeszcze uzupełnić datę we wniosku. Wyjmuję długopis i zaczynam pisać "28.05.2012". DŻIZAS. JAKIE 2012? Zaczynają oblewać mnie zimne poty, ale przed przyjaciółką nie daje nic po sobie poznać. Przeprawiam 2 na 5. Cholera, teraz wygląda jakby zabiła tym wnioskiem muchę. Dobra, może się nie skapną. Z pokerową twarzą wchodzę do pokoju, w którym czeka na mnie urzędniczka. Oczywiście gram na jana, że nic się nie stało, rozglądam się we wszystkie strony, aby tylko nie spotkać się z jej spojrzeniem. Modlę się, żeby już przestała przeglądać ten cholerny papier. Nagle wywala z tekstem "dowód będzie do odbioru za 3 tygodnie, a na dziś to wszystko". O mamuniu, wychodzę z pokoju potykają się o stopień, ale to już nic. Najważniejsze, że załatwiłam. Teraz tylko szybo się  ulotnić, aby nie wyszła mnie pożreć. Na szczęście, przeżyłam.
 
 
Zapraszam do obserwacji bloga. :)

3 komentarze:

  1. Skoro nie dawno skończyłaś 18 to spóźnione sto lat ! :D
    I powodzenia w blogowaniu :)
    http://official-patty.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja wiekszosc rzeczy zalawialam sama jeszcze przed osiemnastka, wiec nie bylo dla mnie takiej misji, ktorej bym nie wykonala. :D

    OdpowiedzUsuń